piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział II cd.

 - Co proszę ?! - Prawie krzyknęła zaskoczona. Zrobiłem z siebie idiotę. Zawaliłem. Musiałem szybko coś wymyślić. Szybko, szybko, szybko...!
 - Bo mam poprawkę w sierpniu i potrzebuję pomocy! - Wypaliłem. Nawet nie pomyślałem. 
 - I dlatego zapraszasz mnie na pizzę ? - Zerknęła z podejrzliwym uśmiechem. - Dobra mogę Ci pomóc. Z czego masz tę poprawkę? - O kurczę, nie pomyślałem o tym, że może się zgodzić.
 -yyyy... - SZYBKO ! - z angielskiego ! - Trafny wybór. Z tego to byłem chyba najgorszy, a pani dała mi dwa na koniec tylko dlatego, żeby się mnie pozbyć.
 - Dobrze, mogę wpadać codziennie do 16, później idę do Twojej ciotki zająć się bliźniakami.
 - Super, to znaczy... - to znaczy nie super, jak wytłumaczę mamie, że już praktycznie wakacje, a my się uczymy angla? Przecież dobrze wie, że skończę gimnazjum. Co prawda cudem, ale jednak. - a moglibyśmy się spotkać u Ciebie? bo... ja mam mały remont w mieszkaniu i rozumiesz... - cholera, jak ja się jąkałem. 
- Nie ma sprawy, nawet mi to na rękę bo mam bliżej do Twojej cioci. - Uśmiechnęła się.
- Nie nudzi Ci się z tymi bach... to znaczy z moimi kuzynami ? - wybrnąłem ?
- Nudzić się ? nie ma czasu, oni są wszędzie. Ale są kochani, uwielbiam ich. Chciałabym mieć takich braci. - wybrnąłem. Uff.

   Zaproponowałem Emilii, że odprowadzę ją na przystanek. Chyba nawet nie przeszkadzało jej moje towarzystwo. Miałem nadzieję, że nie zauważy, kiedy się jej przyglądałem. Ale na wszelki wypadek odwróciłem wzrok. Siedzieliśmy na przystanku i czekaliśmy na jej autobus. Rozglądałem się nerwowo dookoła, bo nie wiedziałem co mam mówić. Cisza. Ale jej chyba nie przeszkadzała, bo czytała swoją książkę. Postanowiłem jej nie przerywać, bo mogłaby to potraktować jako niekulturalne, dlatego wpatrywałem się pustym wzrokiem w ulicę. Jedno auto. Drugie auto. Ósme. Wszystkie były czerwone, dziwne. 

  To było najdłuższe dziesięć minut oczekiwania na autobus w moim życiu. Bałem się palnąć jakąś głupotę, żeby nie pomyślała, że serio jestem jakiś popieprzony. Z tego stresu zapaliłem fajkę, gdy tylko odjechała. Może dwie, albo trzy. Skończyły się, więc trzeba było skołować następne, ale nie było czasu bo na 15 się umówiłem z Emilią, niech to szlag. Postanowiłem tę sprawę zostawić na następny dzień i skupić się na spotkaniu. Tak byłem pogrążony w myślach, że nie zwracałem na nic uwagi. Prawie biegłem do domu. Kiedy przechodziłem przez pasy, nawet nie zauważyłem że jechało auto. Ułamek sekundy. Ostre hamowanie. Klakson!
  Na szczęście w porę odskoczyłem na chodnik i skończyło się tylko upadkiem i paroma siniakami. Usłyszałem tylko parę niechlujnych komentarzy w skierowanych do mnie, ale odpowiedziałem " spieprzaj" i poszedłem dalej. 

   Długo się zastanawiałem czy iść do Emilii, czy jednak nie. Ale nie mogłem stchórzyć ! Przecież jestem Bartłomiej Stachowski i niczego się nie boję ! - pomyślałem. I poszedłem do niej.

   Otworzyła po chwili. Była w dresie. Włosy niechlujnie spięte w kok. Może to się wyda dziwne, ale wtedy wydała mi się jeszcze piękniejsza niż w tych eleganckich, schludnych sukienkach. Nie mogłem się skupić, żeby wymyślić coś mądrego do powiedzenia. Odezwała się pierwsza.
   - Hej. Wejdź. - Uśmiechnęła się i gestem zaprosiła mnie do środka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz